Tej marki chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Ale czy ktoś z Was wie, że firma ta zaczynała od produkcji cukru, nawozów i papieru? Już w marcu wydamy fascynujący reportaż, który czyta się jak dobry thriller! "Republika Samsunga" to książka o blaskach, ale i cieniach firmy Samsung, o trzech pokoleniach rodzinnych intryg, defraudacji, łapówek, korupcji… Dziś zdradzamy fragment tej książki.

 

[…]

Po raz pierwszy odwiedziłem Daegu, miasto w południowo- -wschodniej części Korei Południowej, jesienią 2013 roku. Przechadzałem się po nim w przenikliwym chłodzie wśród zapadających wcześnie ciemności. Było to hałaśliwe miejsce, pełne samochodów i ludzi, lecz jednocześnie dało się tam odczuć atmosferę dobijającej pustki. Wybrałem się tam, by przygotować materiały na temat początków historii Samsunga, ale moja misja okazała się niełatwa. 

– Gdzie znajduje się dom Lee Byung-chula? – spytałem taksówkarza, wskazując na kropkę zaznaczoną na mapie turystycznej. 

Mimo mojego przyzwoitego koreańskiego, którego uczyłem się w pocie czoła, kierowca wzruszył tylko ramionami i odjechał. 

Daegu stanowiło ważny ośrodek handlowy za czasów imperium japońskiego. Przedsiębiorczy koreańscy handlarze i biznesmeni wykorzystywali położenie miasta przy zalążku sieci kolejowej kraju i zdobywali fortuny na potężnych plecach swoich panów. Zdumiała mnie obojętność związana z domem założyciela Samsunga.

Chodziłem przez ponad godzinę na przenikliwym wietrze po zaniedbanej dzielnicy przemysłowej.

– Szukam domu Lee Byung-chula – zagadywałem przypadkowych przechodniów, wskazując na mapę, która nie podawała dokładnego adresu, a jedynie przybliżoną lokalizację. Mój GPS nie wskazywał dokładnego położenia domu i nikt nie wiedział, o czym mówię. 

– Lee Byung-chul. Ten z Samsunga. 

Kolejne wzruszenia ramionami. 

A potem mi się poszczęściło. 

– A tak, Lee Byung-chul, założyciel Samsunga! Ale pan jest z zagranicy. Czemu interesuje się pan Samsungiem? – spytała mnie po angielsku drobna kobieta w średnim wieku z trwałą. W języku koreańskim mówi się o nich ajumma. Przedstawiła się jako profesor miejscowego uniwersytetu. 

– To globalna marka – wyjaśniłem. – W tych czasach wiele ludzi się nią interesuje. 

– To przede wszystkim rdzennie koreańska firma, nie globalna – oznajmiła, po czym wskazała wzrokiem właściwy kierunek. – To tamten. – Podprowadziła mnie w stronę tradycyjnego, skromnego domu z zakrzywionym, drewnianym dachem, stojącego pośród niskich, zrujnowanych apartamentowców. – Moja mama go znała. 

Brama była zamknięta. W środku nie było nikogo. 

– Musi pan zrozumieć, że w Korei, gdy myślimy o Samsungu, myślimy o przyszłości – powiedziała. – Nie o historii. Historia jest haniebna. Dlatego w Daegu zauważy pan, że historia została pogrzebana bardzo głęboko. 

Wezwała dla mnie taksówkę.

- Powiem kierowcy, żeby zawiózł pana w miejsce, gdzie powstała pierwsza firma Samsunga. „Samsung Sanghoe”, tak na nią mówiliśmy. Sprzedawali warzywa. Teraz robią smartfony. 

Po krótkiej przejażdżce przez szarą, ponurą okolicę upstrzoną wieżowcami dotarłem o zmierzchu do uświęconej ziemi Samsunga: w miejsce, gdzie stoi mniejsza drewniana replika pierwszego sklepu Samsunga, oświetlona subtelnie i z wyczuciem w tej nudnej okolicy. Oryginalny budynek, przypominający chałupę, stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa i został zburzony w 1997 roku. 

Przeczytałem napisy na tabliczkach umieszczonych w tej miniaturowej świątyni wielkiej korporacji. 

 

[…]

„Uważam, że ludzie są najszczęśliwsi wtedy, gdy wiedzą, co nadaje sens ich życiu – głosił jeden z umieszczonych tam cytatów pochodzących od prezesa Lee Byung-chula (B.C. Lee), który zmarł w 1987 roku. – Jestem absolutnie przekonany, że wzmocnienie narodu poprzez biznes to ścieżka, którą muszę kroczyć”.

„Sam wybrałem nazwę dla mojego nowego biznesu, w którym pokładałem spore nadzieje. Nawet z perspektywy czasu muszę przyznać, że nazwa ta kipiała dynamiką – pisał w swoich wspomnieniach. – Sam [»trzy«] w słowie »Samsung« symbolizuje wielkość, mnogość i siłę. Jest to też cyfra szczególnie lubiana przez nasz lud. Sung [»gwiazda«] oznacza jasne światło wysoko na niebie, nieskazitelne przez całą wieczność. Bądź wielki, silny i wieczny”. 

Rok później poszerzył pole działania, kupując założony przez Japończyków browar Chosun, który sprzedał po latach za dużą sumę pieniędzy. 

B.C. wzorował się zapewne na sukcesie Mitsubishi („Trzy diamenty”), japońskiego producenta samochodów – zdradza to zadziwiająco podobna nazwa firmy i jej wczesne logo zawierające właśnie trzy diamenty. Długowieczność, siła i rozmach to charakterystyka japońskich zaibatsu („bogatych klanów”), które B.C. podziwiał. 

Zaibatsu należały do największych i najpotężniejszych korporacji na świecie. Były to przemysłowe i finansowe konglomeraty zarządzane przez rodzinne dynastie, które w ciągu 50 lat przekształciły pogrążoną w stagnacji Japonię w światową potęgę. Jedna z takich grup, Mitsui, była największym prywatnym zakładem na świecie w trakcie drugiej wojny światowej, zatrudniającym milion Azjatów spoza Japonii. Zaibatsu były podziwiane za ogromne bogactwo i prestiż przynoszony krajowi, lecz także krytykowane za zbyt wielką władzę. Wsadzały polityków na wysokie stanowiska, wyznaczały kurs całemu narodowi i bogaciły się niesłychanie dzięki trwającej wojnie.

 

[…]

Henry to wnuk B.C. Lee oraz honorowy prezes kompanii chemicznej Hansol. To kolejne pokolenie przedstawicieli rodziny rządzącej imperium Samsunga. W młodości zajmował się firmą chemiczną, jedną z pięciu, które powstały jako odnogi oryginalnego imperium Samsunga i wciąż istnieją. Zorganizowanie spotkania z nim zajęło całe miesiące. Na początku moje prośby były z miejsca odrzucane. Jego doradcy uznali, że to nie czas na takie spotkania albo że rozmowa z dziennikarzem nie będzie najmądrzejszym posunięciem. 

– Członkowie rodziny chronią się nawzajem – powiedział mi Tom. 

Ale byłem wytrwały i w końcu Henry zgodził się porozmawiać ze mną. 

Po raz pierwszy spotkałem się z Henrym przy chińskich dim sum* w pięciogwiazdkowym hotelu. Ponownie umówiliśmy się w seulskim hotelu Grand Hyatt, z którego rozciągał się widok na całe miasto. W takich właśnie miejscach stołuje się arystokracja z czeboli. Za pierwszym razem Henry zabrał ze sobą dwóch asystentów, być może po to, żeby uważnie analizowali moje pytania. 

Przy obu okazjach jasno dał do zrozumienia, że honorowy kodeks jego rodziny, znany jako kahoon, ma dla niego olbrzymie znaczenie. 

– Wiesz, jakie jest motto tej rodziny? – spytał. 

Przyznałem, że nie wiem. 

– Po pierwsze, służyć narodowi poprzez biznes. Po drugie, najważniejsi są ludzie i talent. Po trzecie, należy zawsze dążyć do tego, co najrozsądniejsze. 

Podczas obu naszych rozmów powtarzał te trzy elementy tak ważne dla jego rodziny. Wyjaśnił też, co sprawia, że kultura Samsunga jest tak wyjątkowa – zwracanie uwagi na szczegóły, tak ważne dla jego dziadka. 

– Jednym z nawyków, jakie przejąłem od dziadka, jest sporządzanie notatek – zdradził mi. – Zawsze wszystko notuję, najdrobniejsze szczegóły. 

– Czy swoim pracownikom też nakazujesz, by notowali? – spytałem. 

– Nie nakazuję. Sami powinni do tego dojść. Mają zauważać, co robię, co myślę i jak myślę. Naśladują moje zachowania – wyjaśnił rodzinne tajniki wdrażania wizji prowadzenia interesów w firmach. A sprawami codziennymi mają zajmować się „Ludzie Samsunga”. 

Przywiązywanie wagi do szczegółów, precyzja i sumienne sporządzanie notatek – takie cechy charakteryzowały także jego dziadka.

- Podczas posiłków przedzierał serwetkę na pół, by tę drugą połowę zachować na później – opowiadał Henry. 

Podobnie jak wielu innych właścicieli koreańskich firm, nie pochwalał marnotrawstwa – było to szczególnie ważne w Korei, która nie mogła poszczycić się bogactwem zasobów naturalnych. Spotkania oraz wszystkie podejmowane podczas nich decyzje były obowiązkowo dokumentowane. Pracownicy musieli pisać raporty z każdego spotkania według ściśle opisanego schematu, który określał wszystko – od rozmiaru marginesu przez liczbę słów po długość raportu. 

Twarz B.C. często nie wyrażała żadnych uczuć, jak zdradził Henry. Rzadko się uśmiechał czy okazywał jakiekolwiek emocje. Do tego bardzo rozważnie dobierał słowa. 

– Był niezwykle spokojny – powiedział. – Bywałem u niego jako dziecko i podczas tych wizyt nawet nie mrugnął. 

B.C. uwielbiał golfa i sztukę chińskiej kaligrafii – zajęcia, które pasowały do jego niemal medytacyjnej filozofii biznesu. 

– A co z jego powiązaniami politycznymi? – spytałem. 

– Co do polityków – odparł na temat potężnych stronników dziadka w kręgach władzy – mówił, że należy trzymać ich nieco na dystans, ale niezbyt daleko od siebie.

 

Fragment pochodzi z książki "Republika Samsunga. Azjatycki tygrys, który podbił świat technologii". Więcej informacji o tej pozycji znajdziesz TUTAJ.

 

 

 

Image Blog

Zostaw komentarz